" Ziemia zamarzła głęboko i mróz zacisnął swoje żelazne dłonie na wodociągach i rurach kanalizacyjnych. Przewody grzewcze popękały i cokoły domów się pokruszyły. To tylko normalne odchylenie od przeciętnych temperatur, mówili meteorolodzy. Ale chodząc po lesie, Vaino widział, jak w objęciach mrozu łamią się drzewa. Ich kora darła się i nieosłonięte białe łyko tylko lśniło jak jelita w rozerwanym brzuchu. Kamienie pękały, całowane po gładkiej powierzchni przez zimno; zwierzęta umierały, kiedy mróz głaskał ich futro.(…) Ale kiedy wiosna powinna była nadejść , pojawiła się jedynie martwa kartka z kalendarza. Wypisane na czarno słowo nie wystarczył, by przegonić mróz. Ten zaś przyczepił się do ziemi, do obumarłych drzew i do skalnych szczelin swoimi długimi lodowatymi paznokciami. Kalendarz przywoływał słowo po słowie, coraz mocniej i goręcej, ale to nie pomagało. Aż wreszcie z tych słów zaczęło uchodzić ciepło i z kartki na kartkę stawały się coraz zimniejsze. Ich dysonans przemienił się w wyziębioną, zimową pieśń, po czym słaby głos przestał się wyróżniać spośród wietrznego chóru. Tego dnia, w którym Vaino pożegnał Aino, kalendarz zatrzymał się na zawsze."
Ten urywek tekstu pochodzi z opowiadania Juha-Pekka Koskinena "Zima" w przekładzie z fińskiego Doroty Kyntaja.
Dzisiaj nad ranem było -25, a przed nami noc z temperaturą do - 30. Potem już do wiosny krok:)
Ilekroć widzę powoje, przychodzi mi na myśl bohater tej noweli. "Biały statek" to piękna i smutna książka o tym, co dobre i o tym, co najgorsze w człowieku. To książka z tych, o których nie da się zapomnieć, jeśli posiada się choć odrobinę ludzkiej wrażliwości.
"A powoje polne, chociaż także chwasty — to znów najmądrzejsze i najweselsze kwiaty. Najpiękniej ze wszystkich z rana witają słońce. Inne zielska nawet nie wiedzą, co to jest ranek, co wieczór, to dla nich obojętne. A powoje otwierają oczy, śmieją się,zaledwie słońce przygrzeje. Najpierw jedno oko, potem drugie, a potem jeden za drugim rozwijają się na powojach wszystkie wąsika. Białe, jasnoniebieskie, liliowe,-różne... Jeśli siedzi się koło nich cichutko, to robi wrażenie, że się obudziły i bezgłośnie coś do siebie szepczą. Wiedzą o tym nawet mrówki. Rano biegają po wąsikach, mrużą oczy przed słońcem i nasłuchują, o czym też kwiaty z sobą rozmawiają. Może opowiadają swoje sny?" Ajtmatow Czingiz -Biały statek
Jakiś czas temu siostrzenica poleciła mi książkę "12 życiowych zasad" Jordana Petersona no i cieszę się, że nie wydałam na nią złotówek swojej z wszech stron marnej emerytury. Dawno, dawno temu nauczyłam się czytać ze zrozumieniem i owo zrozumienie nie pozwoliło na zachwyt. Już sam wstęp wzbudził moją nieufność. Osoba, która potrzebuje okleić ściany portretami Stalina, Hitlera, Lenina, aby pamiętać, że za ideologią idzie śmierć milionów, budzi we mnie niepokój. Ja nie potrzebuję wieszać na ścianie Bandery, by pamiętać o ludobójstwie na Kresach. Mamy na świecie nowych współczesnych nam dyktatorów i morderców, których też nie polecam do oklejania kuchni. Odniesienie się do tradycji, do chrześcijaństwa jako leku na zagubienie współczesnych pokoleń jest moim zdaniem bardzo naciągane, bo obie wojny światowe zostały wywołane przez narody chrześcijańskie wręcz uginające się od tradycji. Nawet stwierdzenie, że człowiek jest stworzony do cierpienia i powinien znaleźć w tym cierpieniu sens i siłę nijako się ma do autora, który od cierpienia uciekł w uzależnienie od psychotropów. Jak dla mnie za dużo celowej naiwności. Samo odnoszenie się do znanych filozofów i autorów, łatwość łączenia słów w zdania i piękna porywająca mowa nie czyni z dzieła arcydzieła. Możliwe, że nie jestem docelowym odbiorcą tej książki i są ludzie znajdujący w niej jeszcze nieodkryte dla siebie prawdy i porady.
Całkiem dobrze napisana opowieść o historii choroby i ludziach którzy postanowili ją pokonać. Ja dowiedziałam się z niej o bardzo wielu faktach o których nie miałam zielonego pojęcia. Ot, choćby o tym "Potencjał leków białkowych znano od dawna, nim jednak pojawił się Genentech, nie bardzo wiedziano, jak je wytwarzać. Insulinę na przykład uzyskiwano, mieląc krowie i świńskie wnętrzności na papkę, z której następnie ekstrahowano białko – na pół kilograma insuliny trzeba było czterech ton zwierzęcych trzustek. Hormon wzrostu, wykorzystywany do leczenia jednej z postaci karłowatości, pochodził z przysadek usuniętych z tysięcy ludzkich zwłok. Z ogromnych ilości ludzkiej krwi pozyskiwano zaś czynnik krzepnięcia, niezbędny dla osób cierpiących na schorzenia mogące powodować niekontrolowane krwotoki. Rekombinowanie pozwoliło Genentechowi syntetyzować ludzkie białka od zera. Zamiast ekstrahować je ze DNA zwierzęcych i ludzkich narządów, wprowadzało się na przykład ludzki gen do komórek bakterii. Komórki takie odgrywały rolę bioreaktora, produkującego ogromne ilości pożądanego białka. Przełom gonił przełom; w roku 1982 Genentech dał światu pierwszą rekombinowaną ludzką insulinę; dwa lata później pojawił się czynnik krzepnięcia pozwalający kontrolować krwotoki u chorych na hemofilię, w roku 1985 dołączyła rekombinowana wersja hormonu wzrostu. Wszystko to dzięki inżynierskiej produkcji ludzkich białek w komórkach zwierzęcych i bakteryjnych."
"Pierwszy medyczny opis raka znaleziono na staroegipskim papirusie, datowanym mniej więcej na 2500 rok przed naszą erą: „Napęczniałe guzy w piersiach […], w dotyku są niczym ciasno zwinięte płócienne opatrunki”. Na temat leczenia starożytny skryba zapisał tylko: „Brak”
Optymizmem te słowa nie zarażają.
I jeszcze trochę...
"(...) Przypadek ten uświadamia, że w poszukiwaniu nowych kancerogenów niezbędny jest metodologiczny rygor. Łatwo nastraszyć ludzi rakiem. Natomiast zidentyfikowanie prawdziwego kancerogenu, oszacowanie ryzyka i ograniczenie kontaktów z owym czynnikiem dzięki interwencji nauki i systemu prawnego – czyli dochowanie wierności dziedzictwu Percivalla Potta – to rzecz znacznie, znacznie trudniejsza.
„Rak w fin de siecle – pisał onkolog Harold Burstein – zakorzenił się we wspólnej przestrzeni dzielonej przez naukę i społeczeństwo”. Wiążą się z tym więc dwa wyzwania. Pierwsze,„biologiczne”, sprowadza się do „ujarzmienia fenomenalnego rozwoju wiedzy naukowej […] w celu pokonania tej potwornej, starodawnej choroby”. „Wyzwanie społeczne” jest jednak równie poważne: musimy zmusić się do zmiany swoich zwyczajów, rytuałów i zachowań. Nie chodzi tu niestety o zwyczaje czy zachowania znajdujące się na peryferiach naszych społeczeństw i jaźni, lecz o takie, których rola jest absolutnie decydująca, wyznaczają one bowiem naszą istotę: co jemy i pijemy, co wytwarzamy i jakie usuwamy odpady, kiedy decydujemy się na wydanie potomstwa i w jaki sposób się starzejemy."
Po raz pierwszy o wydaniu tej książki przeczytałam tutaj
Taki śnieg spadł dzisiaj w nocy. Jest to chwilowy śnieg :)
Na życzenie syna upiekłam na obiad kurczaka w cebuli, jabłkach i kiszonej kapuście.
Książkowo przeczytałam "Inne światy" - zbiór opowiadań (lepszych i gorszych) inspirowany niezwykłymi pracami Jakuba Różalskiego. Prac Różalskiego zamieszczano dużo i choćby dla nich warto zapoznać się z tą książką.
A wczoraj skończyłam czytać powieść szwedzkiej pisarki i poetki. Warto, polecam bardzo:)
I na koniec coś, na co czekamy całą rodziną:) Oczywiście chodzi o Grę o tron:):)
Na dalsze powieści już nie czekamy, bo ile można:(
To już ostatnie pomidorki. Nastała pogoda prawdziwie jesienna. To jest już czas kotów, koców i gorących herbat. Bez ciepłych rękawic i serdaka nie jestem w stanie pracować na dworze. Wieczorami znowu mam dużo czasu na czytanie. Tylko czemu ciągnie mnie do książek, które są mi dobrze znane? Ostatnio po raz któryś przeczytałam "Dziewięciu książąt Amberu" Zelaznego i "Dobry omen" Gaimana i Pratchetta. Wygląda na to, że "stare przyzwyczajenia mają długie życie".
Czekam i czekam:)
Czekam i czekam na deszcz. Sianie ogrodu w takich warunkach jest wielkim wyzwaniem. Ogarnia mnie coraz większe zniechęcenie i ogromne zmęczenie.
Rośnie tylko to, co da się okryć i podlewać.
No pociechę kwitną bzy i jabłonie. Słowiki i żaby drą się jak opętane. Świat przepełniony słońcem, dźwiękiem i zapachem.
***
Z myślą o odpoczynku i sprawach ostatecznych w ostatni poniedziałek odwiedziłam miasto wojewódzkie. Jest nadzieja, że sprawy bardzo ostateczne będą załatwione pozytywnie:)
Przy okazji pobytu w wielkim mieście byłam w kinie (na Avengers: Wojna bez granic), na lodach i w księgarni.
Film bardzo dobry, lody smaczne a wiersze Julii Hartwig piękne.
" Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu" Małgorzaty Południak.
Przeczytałam. Czytam ponownie.
Bardzo szkoda, że wiersze nie zostały wzbogacone rysunkiem, grafiką. Może następne wydanie będzie o ten element wzbogacone:)
Ośmieliłam się dodać dwa wiersze, które bardzo mi się podobają. Jeśli jednak autorka tego tomiku nie wyraża zgody, usunę je niezwłocznie.
"Twarzą na wschód" - dobrze że nie moja, bo jak dla mnie niewarta takiej ceny ani cennego czasu na czytanie. Oczywiście jest to moja jak najbardziej subiektywna ocena i dla kogoś innego pozycja może być bezcenna:)
***
Trylogia Kruczy Cień - przeczytałam tom 1 i 2 (liczę, że w marcu dostanę 3). Dobre fantasy. Czyta się szybko i przyjemnie, aczkolwiek uwikłanie bohaterów w politykę i wiarę sprawia, że jest to dosyć gorzka lektura.
***
"BBPO" - Piękny rysunek i znakomity scenariusz.
Dobrze, że zdążyłam odkryć piękno świata komiksów i mogę cieszyć się nim do woli:). To piękne, że świat ma nam tak dużo do zaoferowania:)
***
Jan Jakub Kolski "Las, czwarta rano" - Historia o utracie i towarzyszących jej emocjach. Osobiście wolę Kolskiego w filmach.
"Jan Jakub Kolski: Po śmierci Zuzi, mojej córki, napisałem książkę „Las, 4 rano”, historię o takim królu życia, który rzuca korporację i wszelkie miejskie przyjemności i zamieszkuje sam w lesie. Ogranicza swoją egzystencję do najprostszych czynności i potrzeb. Kiedy trafia do niego 14-letnia dziewczynka, jego życie się zmienia, powstaje jakieś napięcie. Odkrywany, że powodem dla którego ten mężczyzna mieszka w lesie jest śmierć córki. Film oparty jest na motywach z książki i to jest rzecz również o mnie." wywiad